Walka o 500 metrów odległości wiatraków od domów nie ma sensu

Walka o 500 metrów odległości wiatraków od domów nie ma sensu
Marta Głód, dyrektor ds. rozwoju projektów w OX2

Czy branża lądowej energetyki wiatrowej nadal powinna walczyć o zmniejszenie minimalnej odległości nowych turbin od domów i jakich regulacji potrzebuje, aby się rozwijać? Jak tłumaczy w rozmowie z Gramwzielone.pl Marta Głód, dyrektor ds. rozwoju projektów w OX2, w Polsce problemem coraz częściej nie jest już nawet sama odległość od zabudowań, tylko logistyka transportu. Z uwagi na coraz większe gabaryty nowych turbin ich transport staje się realną przeszkodą w planowaniu inwestycji. 

Z tej rozmowy dowiesz się:

  • czy koncepcja obszarów przyspieszonego rozwoju OZE może być realnym wsparciem dla inwestorów.
  • dlaczego kolejne próby zmniejszenia minimalnej odległości elektrowni wiatrowych od domów nie mają sensu.
  • jakie turbiny uwzględniają obecnie w swoich planach inwestorzy wiatrowi.
  • czego potrzebuje polski sektor lądowej energetyki wiatrowej, aby mógł się rozwijać.

Piotr Pająk, redaktor naczelny Gramwzielone.pl: Unijne prawo, a w ślad za nim regulacje dla sektora energetycznego wdrażane w Polsce, mają na celu przyspieszenie procesów administracyjnych w zakresie inwestycji w OZE. Służy temu wdrażana w polskich przepisach koncepcja obszarów przyspieszonego rozwoju OZE (OPRO). Czy deweloperzy z krajowego rynku OZE widzą już efekty tych działań i czy OPRO będzie dla nich realnym wsparciem?

REKLAMA
REKLAMA

Marta Głód, dyrektor ds. rozwoju projektów w OX2: Nie spotkałam się jeszcze z tym w naszych projektach, a działamy w wielu regionach Polski, u różnych operatorów. Sama chciałabym się dowiedzieć, jak to będzie wyglądać w praktyce. Idea przyspieszania takich procedur dla OZE jest dobra, ale rodzi też pytania: kto i na jakiej podstawie zdecyduje, że w danym rejonie lepiej sprawdzi się np. wiatr, a w innym fotowoltaika? Na jakich analizach ma się to opierać i czy dane województwo w ogóle dysponuje taką wiedzą? Żeby ocenić, że dany obszar nadaje się pod konkretną technologię, trzeba wziąć pod uwagę wiele czynników – wietrzność, nasłonecznienie, odległości od zabudowań – i mieć do tego szeroką wiedzę ekspercką. Najlepiej byłoby, gdyby w danym rejonie można było budować wszystkie podstawowe technologie – elektrownie wiatrowe, fotowoltaikę i magazyny energii – i aby to inwestor decydował, co chce postawić w danej lokalizacji, bo to on najlepiej oceni, czy warunki w danym miejscu uzasadniają konkretną inwestycję.

Jest jeszcze jedna kwestia: nawet jeśli dany obszar zostanie wytypowany np. pod farmę wiatrową, to wyprowadzenie z niego kabla na odległość kilku kilometrów wciąż nie jest objęte przyspieszoną procedurą. A trzeba przy tym uzgodnić trasę z kilkunastoma, a czasem kilkudziesięcioma różnymi podmiotami – jeśli kabel przechodzi przez rzeki czy tereny kolejowe, to zajmuje to kilka lat.

Jak zmienia się podejście wojska w rozmowach z inwestorami

W ostatnich miesiącach branża energetyki wiatrowej wiele mówi o nowych wyzwaniach związanych z ograniczaniem terenów pod inwestycje z powodu obejmowania coraz większych części kraju strefami przewidzianymi dla lotnictwa wojskowego. Jak to wpływa na projekty wiatrowe prowadzone przez OX2?

Uderzyło to w nas, ponieważ mamy sporo projektów na wschodniej ścianie Polski – Lubelszczyzna to dla nas taki „korytarz” wiatrowy, gdzie mamy sporo farm, część już wybudowanych, część w budowie. Pojawiło się jednak sporo tymczasowych stref przelotowych, co niosło ze sobą duże ryzyko – była wręcz fala odmów ze strony wojska w zakresie uzgadniania lokalizacji farm wiatrowych.

Standardową, dobrą praktyką od lat jest to, że zanim wejdziemy w procedurę miejscowego planu zagospodarowania, wysyłamy pismo do lotnictwa wojskowego i cywilnego z pytaniem, czy dana lokalizacja i wysokość turbiny będzie akceptowalna – i tak robimy nadal. W pewnym momencie pojawiła się jednak fala odmów tłumaczonych tym, że takie uzgodnienia trzeba robić dopiero na etapie miejscowego planu – czyli wtedy, gdy w projekt zaangażowano już naprawdę dużo czasu i pieniędzy, co jest zdecydowanie zbyt późno z naszej perspektywy.

Podczas niedawnej konferencji branżowej minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz deklarował otwartość wojska na rozmowy z inwestorami wiatrowymi. Czy podejście wojska w rozmowach z deweloperami ulega zmianie?

Z czasem wojsko zaczęło się z tego trochę wycofywać i zgodziło się jednak uzgadniać tymczasowe strefy, choć trzeba to robić projekt po projekcie, pisząc osobne pisma. Nawiązała się w końcu komunikacja z wojskiem – faktycznie chce ono rozmawiać, patrzy na konkretne przypadki i czasem zmienia podejście.

Dotychczas musieliśmy zamknąć jeden projekt z powodu stałej strefy MRT (red. military route), obowiązującej od zera metrów, którą wojsko utrzymuje od lat i nie planuje jej likwidować. Pozostałe zagrożone projekty są wciąż w trakcie uzgodnień. Od jesieni zeszłego roku trwają rozmowy z wojskiem, a ostatnio na mapach wojskowych opublikowano nową mapę wyłączeń spod niektórych stref, umożliwiającą lokalizowanie wyższych turbin. Problemem częściej nie jest sama obecność strefy, tylko to, że obowiązywała ona od zera metrów, co w praktyce uniemożliwiało jakąkolwiek budowę. Często wystarczyło podnieść wysokość, nad którą przelatują śmigłowce czy samoloty wojskowe – 220, najlepiej 250 metrów nad gruntem zwykle nam wystarcza, a dla wojska też bywa to akceptowalne, jeśli w danym rejonie nie planuje np. lądowań.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

Walka o 500 metrów nie ma sensu

Ostatnio pojawiły się informacje, że Ministerstwo Klimatu i Środowiska chce wrócić do prac nad przepisami, które ułatwią rozwój lądowej energetyki wiatrowej. Czy walka o wymów minimalnej odległości 500 metrów od zabudowań mieszkalnych z punktu widzenia inwestorów wiatrowych ma dziś w ogóle sens?

Szczerze mówiąc, w ogóle nie rozumiem idei walki o 500 metrów. Nie rozumiałam jej od samego początku. Już w zeszłym roku uważałam, że niepotrzebnie wywołujemy niepokój wokół wiatraków i wystawiamy je na ostrzał opinii publicznej. Żaden inwestor planujący dziś nowoczesną farmę wiatrową nie zmieści się w takiej odległości – to po prostu nierealne. Potrzebujemy raczej 600–700 metrów, a w niektórych przypadkach nawet nieco więcej.

Wszystkie farmy wiatrowe, które planujemy dziś na nowoczesnych, sześciomegawatowych turbinach, wymagają mniej więcej 600–650 metrów, więc regulacja oparta na 500 metrach po prostu nie miałaby sensu.

A czy realizujecie już projekty zakładające turbiny o mocy 6–7 MW?

Tak, 6, 6,5, a czasem nawet 7 MW, w zależności od modelu. W Polsce problemem coraz częściej nie jest już nawet sama odległość od zabudowań, tylko logistyka transportu – wysokość budowanych w Polsce mostów bywa niewystarczająca dla coraz wyższych i szerszych u podstawy turbin, co utrudnia ich przewóz. Istnieje koncepcja hybrydowych wież turbin, gdzie podstawa wykonana jest z betonu przewożonego w częściach i składanego dopiero na miejscu – to ciekawe rozwiązanie, ale na razie dość drogie, więc nie bierzemy go pod uwagę. Jeśli ceny takich turbin spadną w przyszłości, z pewnością rozważymy też wyższe, siedmiomegawatowe modele – ale nie w najbliższych dwóch, trzech latach.

Jakich zmian potrzebuje sektor wiatrowy?

Co Państwa zdaniem powinno się znaleźć w nowych przepisach dotyczących energetyki wiatrowej?

Powrót do prac nad przepisami dla lądowej energetyki wiatrowej dobra wiadomość. Największym ryzykiem dla naszych projektów – obok kwestii sieciowych i lotnictwa wojskowego, o których już rozmawialiśmy – pozostaje środowisko. Cieszę się, że uchwalone ostatnio przepisy mają umożliwić równoległe prowadzenie procedury planistycznej i środowiskowej od przyszłego roku – to bardzo dobry sygnał, choć szkoda, że dopiero od stycznia. Mam tylko nadzieję, że przy tej ustawie nie powtórzą się błędy podobne do tych z UC84.

Środowisko od zawsze było jednym z najbardziej problematycznych etapów rozwoju farmy wiatrowej – zwłaszcza że słyszałam o planach wprowadzenia w jednej z ustaw korytarzy ekologicznych dla ptaków, w których nie będzie można zrealizować żadnej inwestycji – nie tylko wiatrowej. Pomysły niektórych organizacji środowiskowych bywają naprawdę skrajne. Jeśli do wszystkich obecnych ograniczeń – odległościowych, wojskowych, i kilkudziesięciu innych wytycznych, które trzeba spełnić, żeby postawić turbinę – dołożymy jeszcze filtr środowiskowy w takiej formie, to niedługo naprawdę nie będzie już czego budować.

Z jednej strony Ministerstwo Energii i cały rząd mówią, że potrzebujemy więcej mocy z wiatru i że trzeba budować szybciej, a z drugiej strony po cichu szykowana jest ustawa, która – w postaci twardego przepisu, a nie tylko wytycznej – może zablokować inwestycje w wyznaczonych korytarzach. Trzeba się w końcu zastanowić, w którą stronę jako kraj chcemy iść.

Rozmawiał: Piotr Pająk, redaktor naczelny Gramwzielone.pl

piotr.pajak@gramwzielone.pl

© Materiał chroniony prawem autorskim. Wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy E-Magazyny Sp. z o.o.